KORPORACYJNE MAŁPY | Korporacja Perfect world - własna firma bhp bez zus z Suwałk

KORPORACYJNE MAŁPY

Wypowiedzi na temat biologicznych podstaw naszego zachowania często wywołują irytację. Możemy dowcipkować o czterystukilogramowych gorylach, ale jednocześnie wierzymy, że wkroczyliśmy w erę zaawansowanej technologii i wyzwoliliśmy się z biologicznych ograniczeń. Spędzamy całe dnie przed ekranami komputerów, realizując dziesięć zadań równocześnie w na pół wirtualnej rzeczywistości. „Już dawno porzuciliśmy nasze ciała. Odczuwamy je tylko poprzez głód, bezsenność i różne dolegliwości, konsekwencje wielogodzinnego wysiadywania nad klawiaturą i wgapiania się w monitor – pisze programist- ka z Doliny Krzemowej Ellen Ullman w książce Close to the Machinę, opublikowanej w 1997 roku. – Odcięliśmy się od fizycznego aspektu własnej egzystencji. Teraz znamy się w jeden i tylko jeden sposób: poprzez linie kodu.”

Na pewnych stanowiskach tak rzadko widujemy innych ludzi, że w języku angielskim zagościła nowa, zdobywająca coraz większą popularność fraza: „face time”, to ten rzadki przypadek kontaktu twarzą w twarz. W programach posiedzeń umieszczamy „bioprzerwy”, tak jakby konieczność przełknięcia czegoś lub pójścia do łazienki stanowiła ostatnią pozostałość naszej biologicznej natury. Pewna amerykańska firma ubezpieczeniowa (obecnie na etapie cięcia kosztów – i wściekłości) krzywi się nawet na przerwy śniadaniowe. Jak wspomina były członek zarządu, już w dawnych czasach facet, który pierwszy musiał opuścić posiedzenie, żeby pójść do toalety, był jednomyślnie uznawany za osobnika drugiej kategorii. Dzisiaj w tej firmie normą są spotkania do późnego wieczora (oczywiście nie ma mowy, żeby finansować posiłki ludziom, którzy muszą zostawać po godzinach). Natomiast zgodnie z milcząco akceptowanymi regułami za naganne uznawane jest nawet przyniesienie kanapki. „Konieczność zjedzenia czegoś jest dziś oceniana tak, jak niegdyś wyjście do toalety. To oznaka słabości” – opowiada jeden z pracowników.

Tymczasem nasze kolana, żołądki i zwierzęce serca są wykończone. W najlepszym razie dopiero od stu lub dwustu lat jesteśmy etatowymi pracownikami. Do rewolucji przemysłowej, czyli do lat dwudziestych XIX wieku, w przybliżeniu 80% osób pracowało, jakbyśmy to dziś nazwali, „na własny rachunek”. Ludzie żyli tak, jak żyli od zawsze: pracowali w gronie kilku znajomych i krewnych, w niewielkich społecznościach, zgodnie z rytmem pór roku, stale wypatrując okazji. Gdy w 1956 roku ukazała się książka Williama H. Whyte’a Jr. The Organization Man, w krajach rozwiniętych już tylko 18% ludzi w wieku produkcyjnym pracowało „u siebie”. Obecnie wskaźnik ten spadł do 10%, mi mo rzekomo wyzwalającego wpływu takich wynalazków jak Internet, telefony komórkowe i telekonferencje.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>