AWANS NA POZIOM C | Korporacja Perfect world - własna firma bhp bez zus z Suwałk

AWANS NA POZIOM C

Samuel Johnson, wielka, uczona małpa, niemal na pewno nie docenił ludzkiej skłonności do tworzenia hierarchii, gdy stwierdził: „Wystarczy, że dwaj mężczyźni przebywają razem pół godziny, a jeden zyskuje ewidentną przewagę nad drugim” . To nie wymaga aż trzydziestu minut. W badaniach przeprowadzonych na Stanford University grupy studentów pierwszego roku, którym polecono wykonać jakieś zadanie, potrzebowały niecałego kwadransa, żeby ustalić wewnętrzną hierarchię. Dzieci powyżej piątego roku spontanicznie tworzą hierarchie, niezależnie od tego, czy ktoś wyznacza nagrodę za najlepszy kostium, a choć kryteria wydają się czasem nieprecyzyjne – kto jest najtwardszy, najfajniejszy, najbardziej popularny – zgoda co do tego, jaką kto ma rangę, zapada dość łatwo. Takie hierarchie okazują się zaskakująco stabilne, nawet kiedy dzieci rosną.

Jako dorośli walczymy o lepszą pozycję w pracy, ale najwyraźniej nawet pozory awansu zaspokajają jakiś głód, którego sam chleb nie może nasycić. W badaniach przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii 70 procent pracowników biurowych przyznało, że zgodziłoby się zrezygnować z podwyżki w zamian za lepiej brzmiący tytuł – „specjalista od przechowywania danych” zamiast „archiwista” lub „kierownik zespołu ds. żywienia” zamiast „bufetowa”. W okresie boomu dotcomów w latach dziewięćdziesiątych niektóre nowo tworzone firmy składały się z prezesa, kilku wiceprezesów i „dyrektor do spraw pierwszych kontaktów” (powszechnie zwanej recepcjonistką). Jedna z amerykańskich sieci supermarketów wykorzystała ten głód statusu, wpro-

Nieco bardziej „politycznie poprawną” wersję tego zdania przytoczyli też w swojej książce Demoniczne małpy Wrangham i Peterson. wadzając tytuł „menedżer w trakcie szkolenia”, żeby skłonić kasjerki do darmowej pracy po godzinach.

Czy ci ludzie powariowali? Jeśli tak, to epidemia, która nigdy nie wygasła. Ktoś może uważać, że sam jest powyżej takiego pragnienia statusu. Ja też tak sądziłem, gdy jako młody dziennikarz upajałem się swą pogardą dla marności tego świata w Elizabeth w stanie New Jersey. Używałem tytułu szefa biura w Union County, choć sam stanowiłem całą załogę i zarabiałem 12 000 dolarów rocznie. Takie wątpliwe oznaki statusu powinny tracić znaczenie, gdy z wiekiem awansujemy na coraz wyższe szczeble ekonomicznej hierarchii, ale w rzeczywistości nasz apetyt na tytuły nigdy nie daje się zaspokoić.

Na szczycie amerykańskich firm – zwanym przez konsultantów „poziomem C” od „chief” – każdy chce być szefem, ale zwykle maskuje się to za pomocą przemyślnego skrótu. W skład zarządu wchodzą zatem CMO (chief marketing officer – dyrektor/wiceprezes ds. marketingu), CFO {chief financial officer – dyrektor finansowy), CIO {chief information officer – dyrektor ds. IT), COO {chief operating officer – dyrektor ds. operacyjnych, czyli człowiek od brudnej roboty) i wreszcie CEO {chief executive officer – prezes zarządu, dyrektor naczelny, czyli półbóg: w światku finansów krąży opowieść, jak to prezes Deutsche Banku poszedł do nieba (już widać, że to bajka) i stwierdziwszy, że raj jest w fatalnej kondycji finansowej, zaproponował restrukturyzację. Plan okazał się niewykonalny, ponieważ Bóg nie zgodził się przyjąć stanowiska wiceprezesa zarządu).

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>